piątek, 10 października 2014

VI



REVELATION VI/1Minęła wieczność, zanim Sammi i Joe zdjęli maski Cieni i zaczęli się śmiać jak wariaci.
- Idioci - wymamrotała Juliet, pokładając się na ziemi. - A jakbyście spotkali takich prawdziwych, to nie byłoby wesoło.
- Właśnie o to chodzi, że spotkaliśmy. I mamy na nich sposób - odparł Flanders z wyszczerzem Adlera. - Latarką w oczy. Nie cierpią słońca i światła. Dlatego w dzień kopci im się z dupy (domysły mojego brata, przyp. aut.).
- Dobre - tym razem to Purdy wysuszył zęby.Tymczasem, gdy czwórka w ziemskim świecie opróżniała sklepy z latarek, reszta Wild Ones kombinowała, niczego nieświadoma, jak odbić Ziemię.
Andy jako jedyny, co było dziwne, nie brał udziału w dyskusji. Zastanawiał się nad swoimi uczuciami do Juliet. Czy ją kochał? Czy może było to przywiązanie? Nie chciał jej stracić. Ale pocałunki i przytulasy nie sprawiały mu już przyjemności. Był na nie obojętny. A ilekroć myślał o Ashu, widział go, słyszał jego głos, miał wrażenie, jakby bardzo szybko jechał kolejką górską. Zupełnie jak dwa lata temu, kiedy uświadomił
sobie, że kocha Simms. Albo wtedy, w liceum, gdy zakochał się w Scout.
Wszyscy czasem upadamy, pomyślał.
Potrzebował kogoś, kto go uniesie, silnych ramion, które go utulą, gdy obudzi się w środku nocy z krzykiem.

V/II

- No i oprócz potluczen, nic ci nie jest - oznajmil Jake. - Aha, jak już będzie z tobą lepiej to daj znać, bo chcemy się wbić Matronie na pierogi.
- Co? - Prorok parsknal smiechem.
- No Matrona jest specjalistką w wyrobie pierogow z jagodami, zawsze daje Controlowi porcję przed ogloszeniami. Nie wiedziales?
Młodszy pokręcił glową.
- ona w ogóle umie gotować?
- I palic swieczki. Idź spać.
Jake wyszedl, a Andy wbil wzrok w sufit. Matrona grasuje po ludzkim wymiarze, gdzie są... Juliet, Ashley, jego rodzice... Tysiące Wyrzutkow, ktorzy nie mogli przyjść.
Ashley W ludzkim wymiarze wszystkie siniaki zlapane w tym drugim, Matrony, znikają, toteż gdy tylko pojawili się w ich kryjowce - piwnicy studia nagrań, Ashley odzyskal przytomność.
- Andy tam został! - krzyknal
- Andy jest w bezpiecznym miejscu, nie wiem, czy wiesz, ale jest coś takiego jak telefon i ktoś taki jak Jinxx, który napisał,ze go mają - odparla Juliet. - Teraz trzeba cię tylko doprowadzić do stanu użytko... - urwala, widzac przed sobą dwa Cienie. - O kurwa...

V/I


Coś śmignelo nad Prorokiem. Zmusil się do otwarcia oczu, zobaczyl przed sobą pochyloną postać z długimi wlosami i napisem Destroyer na plecach kurtki.
Nie wierzył własnym oczom.
Control zniknal.
- CC - wycharczal, czujac, jak z kazdym wdechem coś w środku trzesie mu się z chrzestem.
- Kurwa, Andy, a pomylilem cię z padliną.
Wziął go na ręce, ale to już było za dużo dla Biersacka. Stracil przytomność.Kiedy się ocknal, poczuł, jak chlodna ręka przejezdza mu po twarzy, dając przyjemne ukojenie.
Otworzyl oczy i zobaczyl pochylonego nad sobą Jake'a, a za nim Jinxxa.
- Już po wszystkim? Wygralismy? - zapytal.
- A chcialbys. Control się ulotnil, a Matrona zwiedza Ziemię - odparl Żałobnik.
- To trzeba ją powstrzymać! - krzyknal i zaraz pozalowal, bo poczuł wszystkie zebra.

IV




Nie liczył czasu. Zlał się dla niego w jedno.
Cały czas skupiał wzrok na skopanej przez Ashley'a ścianie.
Gdyby tylko wtedy nie zasnął, gdyby posiedział chwilę dłużej, przecież wcale nie był zmęczony. Gdyby tylko zdawał sobie sprawę, gdyby tylko to prze... STOP. Może tak właśnie miało być?
Kopnął leżący przed nim kamień.
Gdyby tylko miał więcej siły, byłby już z Juliet i Ashem, a tak...
Zamknął oczy.
Przypomniał sobie dzień, kiedy po raz pierwszy znaleźli się na pustyni, w tym jeepie.
Pamiętał gorące słońce, rzężące radio, z którego ryczało Modern Talking czy coś podobnego.
Przypomniał sobie to wrażenie, jakby wcale nie był w jakimś pierdolonym innym wymiarze, a jechał autostradą na Ziemi.
Jakby nic się nie działo, jakby świat się nie kończył.
Jakby po prostu jechali na kolejny koncert lub... nie, na wakacje razem nie jeździli.
- Jestem dupkiem - wymamrotał sam do siebie. - Zostawiłem ją tam, a teraz... Co się z nią dzieje?
- O to się nie martw - usłyszał w odpowiedzi i otworzył szeroko oczy. Jak William mógł przejść na jej stronę?! Czy była ładna?
No cóż, ktoś, komu pomidorówa leje się z ryja, a on jeszcze się cieszy, na bank nie jest normalny, a tym bardziej urodziwy.
- Jesteś idiotą, Control - stwierdził. - Założę się, że nie zdążysz mnie dotknąć, a już padniesz na kolana - czemu znowu poniosły go emocje? Przecież ledwo co... coś jest w tych łańcuchach.
- Czyli chcesz się bić?
- A czemu nie - Biersack, teraz nie stchórzysz, przynajmniej zginiesz z honorem, pomyślał. A poza tym, czy w Batmanie nie było dobrych zakończeń? To tylko kolejna bajka. Kolejna bajka. Tylko... bajka.
Słaniał się na nogach, serce waliło mu jak oszalałe, pomimo, że nafaszerował się proszkami od Simms. A może właśnie przez nie? Może powinien być najpierw coś zjeść?
No, ale przynajmniej nie był już zakuty w tamto żelazo.
- Słuchaj - Control zrzucił płaszcz, bądź, co bądź, stali na pustyni i było (co Prorok odkrył ze zdziwieniem), południe. - Jak umrzesz, to znaczy, że ja wygrałem, a jak ja umrę, to jesteś wolny. Stoi?
- Ale bez świadków - Biersack próbował opanować trzęsące się (ze strachu?) dłonie. - Zabierasz Cienie tej swojej dziwki.
- No skoro tak... Ale mógłbyś okazać jej szacunek.
- Jedyną osobą, którą u was szanuję, są sprzątaczki, bo muszą zamiatać cały ten bajzel.
Control zaśmiał się nerwowo i odliczył od trzech w dół.
Umierał. Leżał w tym prażącym słońcu, czuł rozgrzane kamienie pod krwawiącym policzkiem, czuł każde żebro, o ile jeszcze można było żebrami je nazwać, każdą kość, każdy fragment swojego ciała. Ten ogrom bólu. Płonął w środku.
Nucił "In The End", aby dodać sobie otuchy, gotowy na nieznane.
I wtedy nagle grzmot przetoczył się w oddali, a ziemia się zatrzęsła.

III

Dewiant skopał sciane www wszystkich mozliwych miejscach.
Nie umiał zaprzeczyć, ze kocha Proroka, i to nie jak brata.
Kiedy tamten z cichym jekiem zmienial pozycje, zartujac, ze jest jak stary dziadek, bo kości go bolą, starał się nie rumienić. Tak bardzo się starał.
Spali na zmianę.
Teraz właśnie żałował, ze się obudził, bo śniło mu się, ze są wolni i... no cholera, byli parą!
- Śpij - rozkazal mlodszemu, siadajac na ziemi.
Tamten zwinal się w klebek i zamknal oczy. Po chwili oddech mu się wyrownal i Purdy wlepil spojrzenie w kraty.
- Ty też śpij - uslyszal nagle męski głos, który tak dobrze znal i,mimo, ze się bronil, zdalo mu się, ze sciana jest bardzo wygodna i stracil przytomność.
Andy otworzyl oczy i zatrzymał wzrok na Ashu.
- Miałeś nie spać - zwrocil się do niego. - Ash?
Wstal. Wysoki wzrost był przeklenstwem i odkrył, ze żeby zbliżyć się do Dewianta, musi podejść na kolanach.
Podczolgal się w jego stronę i nieźle wystraszyl, kiedy brunet nadal leżał bez ruchu.
- Andy?- nie wierzył, ze to mogła być ona. Jak się tu dostala?
- Zabierz stąd Asha, otworze ci drzwi.
- A ty?
- Nie starczy mi siły na taki wyczyn, musieli nafaszerowac mnie jakąś trucizną AKA zupa Matrony.
- Dobrze, ale...
- Ja sobie dam rade, a on tu zginie.
- Dobra - Juliet westchnela. - Ale uważaj. Nie chce cię stracić.
Prorok odliczyl do trzech i wyobrazil sobie, jak wyrywa krate.
Drzwi były otwarte.
Juliet od razu go dopadla i wcisnela mu w rękę kilka saszetek.
- Co to jest? - zapytal.
- Ferwex. Podobno stawia na nogi. Tobie się przyda, jak będziesz wypompowany.
Pocalowal ją, nie unoszący rąk, ale przylgnela do niego na dłużej.
W koncu,co mogło wydawać się dziwne, zarzucila sobie Ashleya na ramię jak worek ziemniakow i wyszla.
Andy został sam.

II

Po skroconym tlumaczeniu Purdy 'ego, Biersack zaklął kilkakrotnie.
Spojrzal na swoje nadgarstki, zakute w zelazne obręcze i szarpnął się z całej siły.
Poczuł, jakby przeszyl go prąd i,nagle wycienczony, zwiesil smutno głowę.
- Kurwa... - wymamrotał raz jeszcze, wlepiając niebieskie oczy w twarz Purdy'ego, ozdobioną głębokim rozcięciem i rozmytym makijazem. Chłopak kopał sciane.
- Ciebie nie przykuli - zauwazyl cicho Biersack, potrząsając niechcący łańcuchem.
- Bo to nie ja rzucalem się jak popierdolony - wyszczerzyl się tamten.
- Idiota - Prorok wywrócił oczami. - Masz pomysł na ucieczkę?
Dewiant pokręcił smetnie głową i oparl się o przeciwlegla sciane.

I

Miało być tak pięknie. Mieli tam wejść i wygrać. Weszli, zabrali swoich. Lecz nie przewidzieli, ze F.E.A.R. ich odwiedzi i zaprosi do siebie dwóch. Andyego i Ashleya.
Ten drugi chodził teraz w kółko po brudnej celi, co chwila zerkajac, czy młodszy się nie obudził.
Byli tu od dwóch dni, podczas których, Prorok krzyczał i rzucał się przez sen, a Dewiant nie mógł nic zrobić. A tak bardzo pragnął go chronić. Czy to byla miłość? Nie miał dziewczyny, od kilku lat nie spotkał żadnej, która naprawdę by mu się spodobała. A z drugiej strony... czy mógłby to zrobić Juliet? Jej, która czekała na swojego ukochanego w ziemskim wymiarze, do ktorego Matrona nie miała dostepu. Nie potrafił.
Znów zerknal na pograzonego we śnie Biersacka. I zaczal żałować, ze to nie jego ta głupia krowa wprowadzila w ten stan i to nie on teraz rzuca się z krzykiem. Nawet nie mógł dotknąć Biersacka. To mogloby zabić ich obu, a przecież nie mogli zostawić Jake'a, Jinxxa i CC'iego. W ogóle Wild Ones - Nieokrzesanych. Oni pokladali w nich wielkie nadzieje. Przecież pomagali tym wszystkim Wyrzutkom, Dziwakom, Jak ich wyzywano. Nie mogli zawieść. Nie teraz.
Andy znowu zaczal mamrotac coś przez sen. Odwrocil się w jego stronę. Włosy młodszego, te dluzsze, byly zlepione od potu, kurczowo zaciskal dłonie na lancuchach, którymi był przykuty.
Zgial się w luk jeszcze bardziej i Ashley zobaczyl cienka struzke krwi wyplywajaca spod grzywki Biersacka, a kilka centymetrow dalej samotnie leżący kolczyk w ksztalcie krzyża i wciagnal z sykiem powietrze.
- To tylko zły sen - wyszeptal, ale nie poznal własnego glosu.
I wtedy Biersack po raz pierwszy od kilku dni otworzyl oczy i wlepil spojrzenie w Purdy'ego.
- Co my tu robimy? - zapytal cicho, ale jego głos nie był glosem tego odwaznego Proroka, przywodcy Nieokrzesanych, a glosem malego dziecka, które nie do końca wie, co się dzieje, bo właśnie zostało gdzieś samo.