piątek, 10 października 2014

IV




Nie liczył czasu. Zlał się dla niego w jedno.
Cały czas skupiał wzrok na skopanej przez Ashley'a ścianie.
Gdyby tylko wtedy nie zasnął, gdyby posiedział chwilę dłużej, przecież wcale nie był zmęczony. Gdyby tylko zdawał sobie sprawę, gdyby tylko to prze... STOP. Może tak właśnie miało być?
Kopnął leżący przed nim kamień.
Gdyby tylko miał więcej siły, byłby już z Juliet i Ashem, a tak...
Zamknął oczy.
Przypomniał sobie dzień, kiedy po raz pierwszy znaleźli się na pustyni, w tym jeepie.
Pamiętał gorące słońce, rzężące radio, z którego ryczało Modern Talking czy coś podobnego.
Przypomniał sobie to wrażenie, jakby wcale nie był w jakimś pierdolonym innym wymiarze, a jechał autostradą na Ziemi.
Jakby nic się nie działo, jakby świat się nie kończył.
Jakby po prostu jechali na kolejny koncert lub... nie, na wakacje razem nie jeździli.
- Jestem dupkiem - wymamrotał sam do siebie. - Zostawiłem ją tam, a teraz... Co się z nią dzieje?
- O to się nie martw - usłyszał w odpowiedzi i otworzył szeroko oczy. Jak William mógł przejść na jej stronę?! Czy była ładna?
No cóż, ktoś, komu pomidorówa leje się z ryja, a on jeszcze się cieszy, na bank nie jest normalny, a tym bardziej urodziwy.
- Jesteś idiotą, Control - stwierdził. - Założę się, że nie zdążysz mnie dotknąć, a już padniesz na kolana - czemu znowu poniosły go emocje? Przecież ledwo co... coś jest w tych łańcuchach.
- Czyli chcesz się bić?
- A czemu nie - Biersack, teraz nie stchórzysz, przynajmniej zginiesz z honorem, pomyślał. A poza tym, czy w Batmanie nie było dobrych zakończeń? To tylko kolejna bajka. Kolejna bajka. Tylko... bajka.
Słaniał się na nogach, serce waliło mu jak oszalałe, pomimo, że nafaszerował się proszkami od Simms. A może właśnie przez nie? Może powinien być najpierw coś zjeść?
No, ale przynajmniej nie był już zakuty w tamto żelazo.
- Słuchaj - Control zrzucił płaszcz, bądź, co bądź, stali na pustyni i było (co Prorok odkrył ze zdziwieniem), południe. - Jak umrzesz, to znaczy, że ja wygrałem, a jak ja umrę, to jesteś wolny. Stoi?
- Ale bez świadków - Biersack próbował opanować trzęsące się (ze strachu?) dłonie. - Zabierasz Cienie tej swojej dziwki.
- No skoro tak... Ale mógłbyś okazać jej szacunek.
- Jedyną osobą, którą u was szanuję, są sprzątaczki, bo muszą zamiatać cały ten bajzel.
Control zaśmiał się nerwowo i odliczył od trzech w dół.
Umierał. Leżał w tym prażącym słońcu, czuł rozgrzane kamienie pod krwawiącym policzkiem, czuł każde żebro, o ile jeszcze można było żebrami je nazwać, każdą kość, każdy fragment swojego ciała. Ten ogrom bólu. Płonął w środku.
Nucił "In The End", aby dodać sobie otuchy, gotowy na nieznane.
I wtedy nagle grzmot przetoczył się w oddali, a ziemia się zatrzęsła.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz