Miało być tak pięknie. Mieli tam wejść i wygrać. Weszli, zabrali swoich.
Lecz nie przewidzieli, ze F.E.A.R. ich odwiedzi i zaprosi do siebie
dwóch. Andyego i Ashleya.
Ten drugi chodził teraz w kółko po brudnej celi, co chwila zerkajac, czy młodszy się nie obudził.
Byli
tu od dwóch dni, podczas których, Prorok krzyczał i rzucał się przez
sen, a Dewiant nie mógł nic zrobić. A tak bardzo pragnął go chronić. Czy
to byla miłość? Nie miał dziewczyny, od kilku lat nie spotkał żadnej,
która naprawdę by mu się spodobała. A z drugiej strony... czy mógłby to
zrobić Juliet? Jej, która czekała na swojego ukochanego w ziemskim
wymiarze, do ktorego Matrona nie miała dostepu. Nie potrafił.
Znów
zerknal na pograzonego we śnie Biersacka. I zaczal żałować, ze to nie
jego ta głupia krowa wprowadzila w ten stan i to nie on teraz rzuca się z
krzykiem. Nawet nie mógł dotknąć Biersacka. To mogloby zabić ich obu, a
przecież nie mogli zostawić Jake'a, Jinxxa i CC'iego. W ogóle Wild Ones
- Nieokrzesanych. Oni pokladali w nich wielkie nadzieje. Przecież
pomagali tym wszystkim Wyrzutkom, Dziwakom, Jak ich wyzywano. Nie mogli
zawieść. Nie teraz.
Andy znowu zaczal mamrotac coś przez sen.
Odwrocil się w jego stronę. Włosy młodszego, te dluzsze, byly zlepione
od potu, kurczowo zaciskal dłonie na lancuchach, którymi był przykuty.
Zgial
się w luk jeszcze bardziej i Ashley zobaczyl cienka struzke krwi
wyplywajaca spod grzywki Biersacka, a kilka centymetrow dalej samotnie
leżący kolczyk w ksztalcie krzyża i wciagnal z sykiem powietrze.
- To tylko zły sen - wyszeptal, ale nie poznal własnego glosu.
I wtedy Biersack po raz pierwszy od kilku dni otworzyl oczy i wlepil spojrzenie w Purdy'ego.
-
Co my tu robimy? - zapytal cicho, ale jego głos nie był glosem tego
odwaznego Proroka, przywodcy Nieokrzesanych, a glosem malego dziecka,
które nie do końca wie, co się dzieje, bo właśnie zostało gdzieś samo.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz